- No dobrze, przysięgam. Na życie naszych dzieci.

Chciał. Nigdy niczego bardziej nie pragnął. Jednak gdy¬by to zrobił, już nigdy nie potrafiłby się jej wyrzec. To mu¬siałoby być na zawsze. A on nie zamierzał wiązać się na zawsze. Nie umiał kochać. Nie chciał. Nie potrzebował. Nie życzył sobie.
Tammy podeszła do łóżeczka i z czułością ułożyła misia przy twarzyczce Henry'ego.
- Ani ja. A jednak obowiązki należy wypełniać. Skoro ja mogę, to ty też.
Ona też była szczęśliwa, chociaż po twarzy spływały jej łzy i kapały na otwartą gazetę. Miała rację. Dokonała wła¬ściwego wyboru. Tylko że to tak strasznie bolało...
Hm, to brzmiało całkiem sensownie... Mark zauważył jej wahanie i postanowił kuć żelazo, póki gorące.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
- Ależ to niemożliwe. Musi pani zejść na dół - Dobrze, ale w takim razie zjem razem ze służbą.
Mały Książę oczekiwał na dalszy ciąg opowieści. Nie ponaglał jednak Róży. Uznał, że będzie lepiej, gdy Róża sama
- Czy Henry już zasnął? - spytał Mark.
- Wracajmy już na naszą planetę - zaproponowała po chwili, nie przestając poprawiać płatków.

- Powiedziałeś mi, że twoja matka żyje. To prawda? - Tak. - Chciałabym ją poznać. - Już poznałaś. W biurze Charlesa Nielsona. - Brenda? - krzyknęła zdziwiona Sayre. - Kiedy wszedłem do biura i zobaczyłem cię tam, kompletnie mnie zatkało, za to mamie nie drgnęła nawet powieka. - Rzeczywiście. Nigdy bym nie zgadła. - Uważa, że jesteś śliczna, szykowna, mądra... hmm, co jeszcze... Nie pamiętam wszystkich określeń, ale zyskałaś w jej oczach ogromne uznanie. Pamiętasz, kiedy wyszłaś z budynku, a ja czekałem na zewnątrz, niby próbując wytropić Nielsona w Dayton? - W Cincinnati. - Tak naprawdę rozmawiałem z nią. Właśnie zmywała mi głowę za to, że byłem dla ciebie taki niegrzeczny. - Musiała odchodzić od zmysłów po tym, jak cię pobili. Nie dziwię się, że zadzwoniła tutaj, by porozmawiać z tobą w imieniu pana Nielsona. - Rozmawiałem z nią przed chwilą, jadąc do domu. Opowiedziałem jej, co się wczoraj zdarzyło. Od ponad dwudziestu lat pracowaliśmy nad doprowadzaniem Hoyle'ów do upadku. Mama cieszy się, że wreszcie wszystko się skończyło, a przede wszystkim, że przeżyłem. Zawsze obawiała się, iż Chris albo Huff odkryją, kim jestem, i że zniknę tak jak Gene Iverson lub zginę przypadkiem, jak mój ojciec. - Co z panem Merchantem? - Umarł kilka lat temu. Był dobrym człowiekiem, wdowcem bez dzieci. Szalał za moją matką i wychował mnie jak własnego syna. Poszczęściło mi się, że miałem dwóch dobrych ojców. Sayre wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. - To prawda. Ja nie miałam nawet jednego. - Odstawiła część jedzenia na szafce i wróciła po resztę. Beck chwycił ją w talii i przyciągnął do siebie, tak że stanęła między jego rozsuniętymi nogami. - Kiedy skończę tu ze wszystkim i złożę rezygnację, będę szukał nowego miejsca na założenie firmy konsultingowej. - Masz już jakiś pomysł gdzie? - Miałem nadzieję, że coś mi podpowiesz. - Spojrzał znacząco w jej oczy. - Znam pewne cudowne miasto - odparła. - Wspaniałe parki, dobre jedzenie. Pogoda trochę w kratkę, ale jestem pewna, że Fritowi nie będzie przeszkadzała odrobina mgły, prawda? - Myślę, że bardzo mu się spodoba. Mnie by się na pewno spodobało, tak długo, jak będę mógł wracać tu od czasu do czasu na miskę czy dwie zupy gumbo. - Zdradzę ci pewien sekret. Każę ją sobie przysyłać zamrożoną. - Nie! - Tak - przeciągnęła palcami po jego czuprynie, ale jej tkliwy uśmiech powoli znikł z twarzy. - Znamy się zaledwie od dwóch tygodni, Beck. Dość burzliwych, dodam. - Mało powiedziane. - Wiem. Nie sądzisz, że to zbyt wcześnie na snucie wspólnych planów na przyszłość? - Możliwe - odparł. - Szczerze mówiąc, może powinniśmy dać sobie trochę więcej czasu, zobaczyć, jak się nam będzie układało, zanim ostatecznie się zdeklarujemy. - Też tak myślę. - Ile czasu potrzebujesz?
Jak więc miał na nią wpłynąć? Z desperacją zacisnął po¬wieki. Gdy ponownie otworzył oczy, spostrzegł zaintrygo¬wany wyraz twarzy Tammy.
Tammy nigdy w życiu nie podjęła równie błyskawicznej decyzji. Nim książę zorientował się, co się święci, podała mu Henry'ego, mając absolutną pewność, że Mark instynk-townie weźmie dziecko. Sama cofnęła się szybko.
link

farmakologicznych.

Odchylił się na krześle. - Cieszę się, że cię widzę, ale przykro mi z powodu, który cię tutaj sprowadził. Zawsze lubiłem Danny'ego. - Tak jak wielu ludzi. - Taki już był. - Rudy Harper przerwał na chwilę, jakby oddając cześć niedawno zmarłemu. - Co mogę dla ciebie zrobić? - spytał w końcu. - Szczerze mówiąc, myślę, że jest coś, co ja mogę zrobić dla ciebie. Mam informację związaną ze śledztwem prowadzonym przez detektywa Scotta. Zaskoczony, gestem poprosił, by mówiła dalej. - Tak się składa, że wczoraj wieczorem około dziesiątej zjadłam obiad w towarzystwie Becka Merchanta. - Uhm? - mruknął Rudy, najwyraźniej nie mając pojęcia, do czego Sayre zmierza. - Kiedy wychodziliśmy z baru, zauważyłam, że opony jego pikapu, a także jego buty były zabrudzone żółtym błotem, które można znaleźć na terenie naszego obozu wędkarskiego. Zarzuciłam mu pobyt tam i celowe zacieranie śladów na miejscu przestępstwa. Przyznał się do obecności w obozie. Podobno udał się tam już po spotkaniu z wami, kiedy to poinformowaliście nas, że cały teren otaczający domek rybacki został uznany za miejsce przestępstwa i nikt nie powinien przebywać w tym miejscu. - Rozumiem. - Rozumiem? - Beck pojechał tam na moją prośbę. Poczuła się tak, jakby nagle straciła grunt pod nogami. - Twoją prośbę? - Poprosiłem go, żeby spotkał się w obozie z detektywem Scottem i ze mną. Sayre poczuła, że traci grunt pod nogami. - Chciałem, żeby ktoś z rodziny... - Beck Merchant nie należy do rodziny. - Dlatego właśnie poprosiłem go o pomoc, Sayre. Scott i ja chcieliśmy, żeby ktoś z rodziny poszedł z nami do domku, by sprawdzić, czy jest tam coś, co nie należało do was, a co mógł pozostawić zabójca, albo czy ktoś coś zabrał. Nie miałem sumienia prosić o pomoc Chrisa albo Huffa. Wciąż jeszcze... szczerze mówiąc, nadal wygląda to okropnie. Są firmy, które specjalizują się w sprzątaniu takiego bałaganu, ale dopóki będziemy gromadzić dowody... - Chyba rozumiem - powiedziała sztywno. - Nie chciałem, żeby Huff albo Chris przechodzili przez coś takiego, ale potrzebowaliśmy, by ktoś kto dobrze znał ten domek, rozejrzał się i sprawdził, czy nie ma tam czegoś dziwnego. - Całkiem logiczne - wymruczała Sayre, czując się jak idiotka. Nie zmrużyła oka przez całą noc, pragnąc jak najszybciej donieść Rudemu Harperowi o nocnej wycieczce Becka Merchanta, która wydała jej się co najmniej podejrzana, jeśli nie ocierająca się o przestępstwo. Tymczasem okazało się, że Beck ocalił jej rodzinę przed przykrym obowiązkiem, za co, jak przypuszczała, powinna być mu wdzięczna. To, że ją oszukał, było inną sprawą. Kiedy zarzuciła mu spacery po zakazanym terenie, mógł się łatwo wytłumaczyć z obecności żółtego biota na butach i oponach wozu, powiedzieć jej, że wyświadczył szeryfowi przysługę, która nie była dla niego przyjemna. Tymczasem celowo ją zwiódł, by wyszła na idiotkę. - Udało się? - Słucham?
rozkwitnąć równocześnie ze wschodzącym słońcem. Nie mógł wyjść z podziwu, że choć wciąż jest taka sama, to
jeszcze odbyć spotkania rodzinnego, po którym wszyscy czuliby przyjemne ciepło w sercu. Sayre usłyszała, jak Beck podchodzi do kanapy. - Przyjechał Rudy - zwrócił się do Huffa. - Przecież wyszedł pół godziny temu. - Ale wrócił, tym razem służbowo. Jest z nim Wayne Scott. Chcą z nami porozmawiać. - O czym? Beck spojrzał na Huffa z uniesionymi brwiami, jakby pytał: „A jak myślisz?". - Jak długo to potrwa? - pytał Chris. - Jestem już zmęczony tą pogrzebową atmosferą. Chciałem wyjść na miasto, odprężyć się. Sayre zdumiała się egocentryzmem brata, chociaż nie powinna. Chris zawsze myślał najpierw o sobie. Interesował się różnymi sprawami tylko w takim stopniu, w jakim dotyczyły jego osoby, planów i pragnień. Jego egoizm, umacniany przez uwielbienie Huffa, nie znał granic, nawet w dniu pogrzebu własnego brata. Uznała, że nie może dłużej znieść towarzystwa Chrisa. Wstała z sofy. - Pójdę już. Zostawię was samych z Rudym. Danny był bez wątpienia najlepszym człowiekiem z nas wszystkich - dodała, spoglądając na Huffa. - Żałuję, że odszedł. - Popatrzyła na brata. - Chris... - nie potrafiła znaleźć żadnych słów, które nie zabrzmiałyby jak hipokryzja - żegnaj. Odwróciła się w kierunku Becka Merchanta i skinęła krótko głową. Kiedy jednak próbowała go ominąć, dotknął jej ramienia. - Rudy chciał, żebyś została. Zanim Sayre otrząsnęła się z zaskoczenia i zdołała przemówić, Chris zapytał: - Po co? - Nie wiem. - Musiał przecież coś powiedzieć - upierała się Sayre. Beck spojrzał na nią twardo. - Usłyszałaś wszystko, co wiem. Rudy chce, żebyś tu została. Mam ich przyprowadzić, Huff? - To jakieś cholerne zawracanie głowy. Podobnie jak Chris, mam już dosyć myślenia i gadania o śmierci. Rzygać mi się chce od tego wszystkiego. Lepiej skończmy tę szopkę. Wprowadź ich, Beck. Sayre nie planowała zostać tu ani chwili dłużej i zamierzała powiedzieć to Rudemu. Beck zniknął za drzwiami, by za chwilę wprowadzić do biblioteki szeryfa i młodego detektywa. Natychmiast przystąpiła do ataku. - Szeryfie Harper. Chciałabym jeszcze dzisiaj złapać samolot do Nowego Orleanu. Nie mam zbyt wiele czasu. Rudy Harper nadal miał na sobie odświętny czarny uniform, który włożył z okazji pogrzebu. Detektyw nosił zwyczajny mundur, chociaż zdjął kapelusz. Przyglądał się uważnie wnętrzu biblioteki niczym czujny koń wyścigowy maszynie startowej. Wyglądał na tak gorliwego, jak opisał go Beck Merchant. - Przepraszam, że cię zatrzymuję, Sayre - powiedział szeryf - ale mój zastępca chciałby zadać wam wszystkim kilka pytań. - Doceniam pana poczucie obowiązku i dokładność - zwróciła się Sayre bezpośrednio do młodego oficera. - Niemniej, nie mam dla pana żadnych informacji. Nie mieszkam tu i od ponad dziesięciu lat nie utrzymywałam kontaktu z Dannym. - Rozumiem, proszę pani, ale może pani wiedzieć więcej, niżby się wydawało, - Sądząc po akcencie, młody detektyw pochodził z Teksasu, nie z Luizjany. - Czy mogłaby pani zostać jeszcze chwilę? Obiecuję, że nie zajmę dużo czasu. Ociągając się, powróciła na swoje miejsce na kanapie.

- O to się w ogóle nie martw. Tu wszystko kreci się samo.

Podziękowanie nie zabrzmiało zbyt szczerze, bo też
- Nie, dziękuję.
i obróciła ją profilem do Asha. - A nos? Myślisz, że ma
Idealne mieszkania kołobrzeg to świetna inwestycja nad morzem

na odpowiedzialność - przekonywał z zapałem. - Zostawi¬my kogoś przy Henrym, a sami...

Zawsze chlubił się umiejętnością wykorzystywania
- Nie trzeba.
- Ta djuin Lerrevanna,- odciął się wampir. -- Keres′sa deill?
mały podatnik VAT 2020